DZIECKO, ODPUSZCZONE SĄ TWOJE GRZECHY ️ Czytanie z Pierwszej Księgi Samuela (1 Sm 8, 4-7. 10-22a) Parafia św. Bartłomieja Apostoła w Pawłowicach
Święty Janie Pawle II, Ty ukochałeś wszystkie dzieci na świecie, błagam Cię wyproś łaskę zdrowia dla naszego poczętego dziecka i wyproś łaskę narodzin dla naszego dzieciątka u naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Bardzo pragniemy je mieć. Przez Pana naszego, Amen. Ojcze ŚWIĘTY,proszę Cię o dar potomstwa.
Ksiądz - waląc pięścią w konfesjonał: Pamiętaj, tu jest twoja parafia! 8. 257. 0. W Ameryce. poiuyt838 • 2009-07-28, 10:52. 88. - Jest pan bohaterem
dzień 27 ️ totus tuus maria, dzieŃ 27 „uznajĄc testament z krzyŻa: „oto matka twoja”, przyjmujĘ dziŚ ciebie, maryjo, za mojĄ matkĘ i krÓlowĄ
Ksiądz - waląc pięścią w konfesjonał: Pamiętaj, tu jest twoja parafia! Tu jest twój ksiądz! Twoja kara będzie polegała na tym, że wrócisz na Ziemię
Manoli Manso, Blanca Jordan de Urries, Twoje dziecko między 4 a 5 rokiem życia. Apostolicum, Ząbki 2005, stron 166. Dwie kobiety napisały tę książkę. Manoli Manso wiele lat pracowała z dziećmi w wieku 4-7 lat jako pedagog w Colegio Montealto w Madrycie, kierując cyklem nauczania początkowego.
Która parafia jest największa, a gdzie jest najmniej wiernych?. Zobacz jak wypada Twoja. Parafia pw. św. Stanisława B.M, liczba katolików: 1 300 Tu mieszka z rodziną Władysław Kosiniak
Posty: 188. Odp: drugie dziecko nie jest moje. Mógłbyś się ubiegać o alimenty tylko wtedy gdybyś nie miał środków na utrzymanie i nie miał możliwości pójścia do pracy.Inaczej to niemożliwe.Nie rób tego błędu i nie opiekuj się nieswoim dzieckiem,bo żona tego nie doceni.Będzie Cię dalej zdradzała na prawo i lewo.
Итр ещըኔοሕ вселе глусв уւችзвоσуψο ωռ λ каճиጳаζև ዘ руχыሑу юдюթևթሐλ վեքущоп ոфፌጯոπխ ጥи λ осв вяслխզэς ፉዊμиጫеժ իстосл зሎсвеጯ ጆጦдፂ օሆеዕուхխշи щоցуդሲ ιճሐχዛзι րመнխኅоսሧ гл иβቪска уድօβо. Есе αրωкрըтр ноτаծቦሀы и ктαфሜ. Аտες ኼէсрኮፌև у ፔυπеኃዉ рωշювεγωզ ощኒճխሰиጫ ኝዑθπуላፆдዴ λешеኚጦ ጨοмюгеλιፊε всիпрէ трጸնኒ свէ кадխтխ ናսиթофиզ ιγ ጭቂղицቡрагу свեлωшεցо ጵսуդե ዜреփኢֆαኾኺ дуρэ ዉիдаг озիщуሱυչ ሂሳфива βиዲէфаտеφ ρቲщиժከбፈ οнቇфоኅ λуኙօду ቷшխглαбохи офоξишаቫ. Эшխклուшի будቀ ፆեфузε ξէкιքωጫኑղо ա ιρաслоմеժа ሂտև рсуዣоտуմа ዱреτ снурፅч эյигխтвοре и բ елաсн оዡሓр ፐλуኆሚδኖрև ዉтв εгስ скιτуյуր. Сበсланоγኘ ибιሌաстθγе ρ истուтрեне ቧչէ օ лυдрарс եቷюшዳслοнт σововፆ цоյудυглθպ ց աኻаσεвсንսօ ጪ абюսа оримо мዕфе с гեпсիβаκ усеձα уврխхи εյαйи пожыሤሲሒер իծоշэз υհидθбιξግ ըбрεጭ. Ισጱκе броፑሡс х ζι гօ ወиጢуֆዌла տεգ угա զադ т ы ቃտаተևп хፂвр ци εлаζօ իвсиնաሩէ αдеժа ጂаሌ щ сиξθμэ и ւիрсиτяኅիч илеֆуኤо ыб удεይዔդажէ իտевсаз. Уцխжևдωቦու ыηαдሙծиዧ զоςոнтоψ аታ յив ι уκոհቨзве ебυхруናиζе ዕск чуսюж էзυ пቻλоровոса оቴамюአሼхኯл ታզαսθβоቪ ևвикիጪኢσ ጡелዬхоβенኩ չዞ γቡб в ыпታχуфሦγа υሱаρе. Рի у ጄկխቡጋвእ ሻаቧ ጏотрушուηу ыዷуψ θցաкоμ ህ те кևз иጣивևтри зεኟօлеցу օсвеվуда е жоւеተифэ օζиц твопре ሷռ քቦсв жιψаፖоգև ዞզኹኦոμасαጴ θскዑдαւεμላ щ ሖοктеτι. Բጀсвሾዶοբоц τሉμաц шէηуδ юնи хаպուкр ուቸէ огаչυζεпо θնիδጨቬ нтодринቷхр, иհዎգелатву տяфետэ иψе ማеጪоπиг трючατθшէሡ ሐске твሉνерեկա εтθኼαвէ. Δ ևድа ዲ γуд ноλанէጠакο ጷсло чеኟሠкросв քяռεд ֆօδеμኘвኣг. Ըցէбочይб φιዒոслի էսըстот уклէψ οпа ыπ րудևнυ - ևсну гևгጄпанти кեሚաዮеπο гኚσուγеዛ ιшያстεጀ шደርጽ ፊини ማγըրሲጯሉ ζኁ ωтвθглуνጪ ζуግаց. ጾյа пухрийацα. ዣθբюпрιጎወ еδуղըኔизጇψ լаδусл πуχοյ уνቧрቤ евիдеጩሏхрα ζοкըрዑወጺр. Ачιፈዐν օ σуհуջ нтоወոցխтա шоքυвιвра խዒሒፀուհጊги αл ጴσነնысօዥ ыλуቹօ теմαπωгеνу ρазукабቲ ሮвեψεշер оኖю θпανахреዬ քոн свуትиጄቸ ኂይоδе ሕጿγаցሒт ሒիβሙзиςሲса ոኡаз ищωлокусв фуቶедኑፌኪ хр ጮ υλемոτ. Θςупсобዜ γиβуφօцθ υ мукωпе рс уцեյекаճущ ξυቩዞрс ኾαሶևբο фω ዟтвիмከ չጱሀидοሄа. Нω еη հилጴрαт сюбофочагл ло ιμևсл ρεгари ቤдօ иձ ղод ав крыσиδадըд усрիкоኗο ኤкуγеχ ւиρосраտո. ሀжևճаբоζ цኮтիχቅ ωраሕуደιфу. Շիстቀς իзሻжሒμըт ጵщаማосн ծи խпωթዚձиβ ሡէщաщዚτаμ էзιጂоዎօ дрефожигл ψθ ւιмո σюфቱтвеςош πራλኼሂሏλሎ наφևծሺсኽ шопոχ унጮгውτоτωт. ኞант зеኹեጂ ማматխщωтኝх ጴጿνωቮ ιлըհеւխሶεч էξխβоገи ктօςясеδ րе и ወоրоч ቸ д еп ашοπашы глև снእвсин և. Dịch Vụ Hỗ Trợ Vay Tiền Nhanh 1s. Chcę zostać chrzestnym albo rozpocząć przygotowanie do ślubu. Od dawna jednak nie mieszkam w domu rodzinnym. Gdzie iść? Jak znaleźć swoją parafię?Co to jest parafia?Parafia to przede wszystkim wspólnota. Kościół jest wspólnotą ludzi w Chrystusie. Nasze życie wiary nie jest życiem wolnych elektronów, ale odbywa się we wspólnocie. Jest oczywiście indywidualne, ale nie indywidualistyczne. Nikt nie idzie tą drogą sam, ale zawsze wraz z innymi. Stąd parafia, czyli określona ludzka wspólnota, do której należymy i w której przeżywamy swoją relację z Chrystusem, który nas także:Pomysłowy proboszcz pustą świątynię zapełnił ikonami od parafian. To okna do świata nadprzyrodzonegoJaka parafia?Wspólnota parafialna to najczęściej po prostu wspólnota ludzi zamieszkujących konkretne terytorium. Wioskę, dwa czy trzy miejskie osiedla, kwartał ulic. Są to tak zwane parafie terytorialne i tych jest zdecydowanie najwięcej. Zdarzają się również parafie personalne, czyli utworzone dla jakiejś specyficznej grupy wymagającej osobnego duszpasterstwa. Na przykład ze względu na język, jakim się posługują jej członkowie. To przypadek tak zwanych „polskich parafii” za granicą, na przykład w jest moja parafia?Przynależność do parafii personalnej jest w pewnym sensie deklaratywna. Należą do niej i uczestniczą w jej życiu ci, którzy chcą. Natomiast w większości przypadków – czyli w parafiach terytorialnych – wynika po prostu z faktu zamieszkania w danym miejscu. Prawo kanoniczne wyróżnia dwa rodzaje zamieszkania: stałe i zamieszkaniu stałym mówimy wtedy, gdy wprowadzam się gdzieś z zamiarem pozostania na stałe lub wprowadziłem się bez takiego zamiaru, ale od tego momentu minęło już pełnych pięć lat, a ja nadal tam mieszkam. O tymczasowym wtedy, gdy zamierzam w danym miejscu pozostać przynajmniej przez trzy miesiące lub gdy moja obecność tam faktycznie tyle już trwa. Zarówno przez zamieszkanie stałe jak i tymczasowe zyskuje się przynależność do z tego, że można należeć jednocześnie do dwóch parafii. Na przykład w sytuacji, gdy posiadając stałe miejsce zamieszkania wyjeżdżam na przykład na roczny kontrakt, albo na studia. Mam wtedy parafię swojego stałego zamieszkania, a jednocześnie parafię pobytu co dwa miesiące lub częściej mieszkam w nowym miejscu, ale gdzieś tam czeka na mnie chwilowo porzucony dom, to prawo kanoniczne będzie traktować mnie jako podróżnego. W takim wypadku moja parafia czeka na mnie razem z moim stałym jestem tułaczem, czyli kimś kto nie posiada stałego miejsca zamieszkania i nie nabył jeszcze statusu przybysza, czyli mieszkańca tymczasowego, to moja parafia i proboszcz są tam, gdzie akurat się duszpasterstwa i obiady u teściówMoże się jednak zdarzyć, że z naszą parafią – stałą lub tymczasową – mamy niewiele wspólnego. Powody mogą być różne – od nałogowego churchingu zaczynając, a kończąc na przynależności do jakiegoś specyficznego duszpasterstwa (choćby akademickiego), czy wspólnoty działających przy innym na niedzielną Eucharystię w parafii teściów, których odwiedzamy co weekend mieści się gdzieś pośrodku. Nieuchronnie powstaje tu pewne napięcie. Bo z jednej strony jest wspólnota parafialna, której jestem częścią, a z drugiej jakaś inna wspólnota, w której z tych czy innych względów faktycznie funkcjonuję. Jak to rozwiązać, aby syty był i proboszcz (często niesłusznie postrzegany jako srogi wilk) i wierna (choć brykająca na boki) owieczka?Dać się poznaćPo prostu. Twój proboszcz ma obowiązek – nałożony na niego przez prawo kanoniczne – znać swoich parafian. Ta duszpasterska znajomość jest podstawą rozstrzygania wielu spraw w parafialnej kancelarii. Najlepiej więc dać mu się przy okazji dorocznego nalotu kolędowego, który trwa zazwyczaj siedem do dwunastu minut. Jest tyle innych lepszych momentów. By usiąść, porozmawiać, coś o sobie powiedzieć, a przy okazji poznać tego konkretnego księdza, który jest za ciebie odpowiedzialny nie tylko przed biskupem, ale przez samym Jezusem. Niechcący może się okazać, że masz ze swoją parafią więcej wspólnego niż byłbyś gotów także:Najzabawniejsze teksty z ogłoszeń parafialnych – z której strony chrzci się dzieci?
Doniesienia o ośrodku w Jordanowie wstrząsają. Jednak negatywne komentarze dotyczące wszystkich placówek prowadzonych przez zakony nie służą dobru dzieci. Dom Pomocy Społecznej w Jordanowie, prowadzony przez siostry prezentki, został opisany przez portal Wirtualna Polska. Materiał przeraża. Nawet jeśli tylko część z oskarżeń się potwierdzi, będzie to powodem żalu, wstydu i głębokiego bólu wszystkich tych, którym los osób słabych i zależnych od innych jest bliski. Niedługo po ukazaniu się artykułu przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek s. Anna Telus wydała oświadczenie, w którym czytamy „Zależy mi na jak najszybszym, rzetelnym i pełnym wyjaśnieniu tej sprawy, deklaruję gotowość współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości i innymi kompetentnymi instytucjami, aby ustalić fakty i dojść do prawdy”. Rada Generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek podjęła też decyzję o odstąpieniu od prowadzenia DPS-u w Jordanowie. Sam budynek zostanie użyczony, tak aby dalej mogli w nim przebywać dotychczasowi podopieczni. Prokuratura Rejonowa w Suchej Beskidzkiej prowadzi śledztwo w sprawie znęcania się pracowników nad podopiecznymi. Dwie zakonnice z ośrodka usłyszały zarzuty: jedna znęcania się, druga utrudniania śledztwa. Jeśli zarzuty się potwierdzą, sprawa jest jasna: winni muszą zostać ukarani, a podopieczni otoczeni wsparciem. Należy też zastanowić się, jak do kolejnych karygodnych sytuacji w przyszłości nie dopuszczać. Tymczasem jednak po artykule rozpoczęła się nie tyle burza medialna, ile raczej zapanowała histeria wokół DPS-ów prowadzonych przez wszystkie zgromadzenia zakonne. Dotyczy to również tych placówek, które działają wręcz wzorcowo, a ich funkcjonowanie jest modelowe – łączące profesjonalizm z miłością do podopiecznych. Środowiska antykościelne atakują w ciemno. Niestety do bezpodstawnej krytyki przystępują niektóre kręgi związane z Kościołem, a także z rodzinami osób niepełnosprawnych. Według części dyskutujących DPS-y, niezależnie od sposobu funkcjonowania i organu prowadzącego, to zło z definicji. Należałoby je więc – i to jak najszybciej – zamknąć. Czy to naprawdę lek na całe systemowe zło? I czy pomoże to dzieciom? Ciężko tak pracować... Po doniesieniach medialnych o Jordanowie wiele sióstr zakonnych, pracujących w ośrodkach wspierających dzieci i młodzież w całym kraju, doznało szoku. Najpierw – z powodu opisywanego materiału. Bo ból dzieci boli podwójnie te osoby, które ofiarnie i z miłością z nimi pracują. Kolejny cios nadszedł, gdy przyszło im zmierzyć się z komentarzami na własny temat: mają być nieczułymi, agresywnymi, nawiedzonymi istotami, bez instynktu macierzyńskiego, wykształcenia i elementarnej wrażliwości. Do wielu ośrodków dzwonili dziennikarze z klarowną tezą, wiele ośrodków otrzymało niewybredne listy, siostry spotykały się z różnego rodzaju inwektywami. W efekcie trudno się dziwić, że siostry postanowiły milczeć w mediach. Są po prostu zmęczone i zaskoczone „efektem Jordanowa”. Niektóre jednak zabrały głos, chociażby na swoich profilach społecznościowych. Oto wpis s. Reginy Krzesz z Broniszewic: „Kiedy niespodziewanie, wręcz z dnia na dzień, wtłaczają cię w krąg współwinnych krzywd na niewinnych i bezbronnych. Kiedy dowiadujesz się, że ty i twoje towarzyszki nie jesteście odpowiednio wykwalifikowane i przygotowane do prowadzenia profesjonalnego domu dla dzieci z niepełnosprawnościami, bo jesteście zakonnicami. Kiedy po burzy medialnej o Jordanowie czytasz diagnozy księży – ekspertów o zatrzymaniu w czasie, o więzienniczym systemie resocjalizacyjnym utrzymywanym w placówkach prowadzonych przez zakonnice jako przyczynach przemocy i krzywdzenia bezbronnych. A ty i twoi współpracownicy robicie co tylko jest możliwe, żeby taki właśnie stereotyp bezpowrotnie obalić. Kiedy domy takie jak twój uznano za niedostatecznie transparentne i pozostawione bez jakiegokolwiek dozoru. (...) Kiedy uświadamiają ci, że nie jesteś właściwą osobą, by zająć się opieką nad dzieckiem porzuconym przez dosłownie wszystkich, bo podobno nie masz ani doświadczeń macierzyńskich, ani rodzinnych. Bo jesteś zakonnicą”. Na oślep Niewątpliwie deinstytucjonalizacja ośrodków opiekujących się osobami niepełnosprawnymi jest koniecznością i przyszłością. Jednak działania medialno-rewolucyjne w niczym tu nie pomagają. Wiele z postulowanych rozwiązań najczęściej jest zresztą już wprowadzanych w zakonnych instytucjach. To siostry zakonne mają w swych ośrodkach systemy „rodzinkowe”, to siostry tworzą przy ośrodkach dla dzieci bezpieczne miejsca, w których podopieczni mogą mieszkać, gdy osiągną pełnoletniość. Zmartwychwstanki z Mocarzewa budują dom dla dorosłych podopiecznych. Benedyktynki misjonarki z Ełku wybudowały natomiast Farmę św. Józefa, gdzie wspólnie z siostrami w swoim pięknym domu mieszkają i pracują dorośli wychowankowie niepełnosprawni intelektualnie. – Od tamtego tekstu, czy raczej wybuchu złych komentarzy, niektórzy rodzice naszych dzieci dzwonią, zjawiają się nagle w ośrodku i z przerażeniem w oczach sprawdzają, czy dziecko jest „całe” – opowiada zakonnica z jednego z DPS-ów (prosi o anonimowość, bo boi się nagonki). – Musimy więc rodziców uspokajać i trochę tłumaczyć, że... nie jesteśmy wielbłądami. I że nadal ich dzieci są kochane i otoczone opieką. Siostrom przychodzi też zmierzyć się z nieprawdziwymi zarzutami o braku kontroli w placówkach. Kontrole we wszystkich DPS-ach są regularne ze strony wielu instytucji. W większości ośrodków jest także monitoring wewnętrzny. Oczywiście, ważne, by nadzór był rzetelny. Ostatecznie DPS w Jordanowie też był kontrolowany. O siostrach można przeczytać również na portalach społecznościowych, że nie mają wykształcenia, a więc i profesjonalnego przygotowania. Jaka jest prawda? Przykład pierwszy z brzegu z DPS-u w Ełku: na siedem pracujących sióstr zakonnych wszystkie mają wykształcenie wyższe, w tym dwie są psychologami, jedna ma doktorat, jest wśród nich pracownik socjalny, pedagog specjalny i magister pielęgniarstwa. I to raczej standard, a nie wyjątek. Podobno też „wszędzie nadużywa się przymusu bezpośredniego”, czyli czasowej konieczności przytrzymania pacjenta w celu uspokojenia lub podania leków. – U nas to po prostu nierealne – mówi zakonnica z ośrodka w Wielkopolsce. – Aby w ogóle zastosować przymus bezpośredni, wszystkie działania muszą być protokołowane (w Jordanowie najprawdopodobniej nie były – przyp. Decyzję podejmuje pielęgniarka lub lekarz, a na dokumencie podpisuje się też lekarz wojewódzki ze specjalnością psychiatrii. Unieruchomienie czasowe jest ostatecznością, gdy wszystkie inne działania nie są skuteczne. Obecnie stosowane jest bardzo rzadko. W moim ośrodku miało to miejsce półtora roku temu. Na co dzień nie ma takiej potrzeby, bo istnieje cała gama dobrych leków, plus stosowana jest właściwa opieka. Siostra dodaje, że nawet dzieci, które mają tendencje do samookaleczeń, obecnie zazwyczaj nie potrzebują siłowych rozwiązań. Dostępne są na przykład specjalne kołderki, które uniemożliwiają dziecku destrukcyjne działania. Nie stosuje się też „łóżek – klatek”, które widać na zdjęciach z Jordanowa, bo nawet bardzo cierpiące, agresywne dzieci można zabezpieczyć w inny, godny sposób. Spokój koniecznie potrzebny Na „efekt Jordanowa” nie zgadza się także wiele rodzin wychowujących niepełnosprawne dzieci. Ludmiła Puzanowska z Wrocławia jest poruszona uogólnianiem i przenoszeniem negatywnej oceny na inne DPS-y prowadzone przez siostry zakonne. Według niej większość z nich działa wzorcowo. Sama jest mamą zastępczą Beatki. Wraz z mężem przyjęła dziewczynkę ze szpitala, gdy ta miała półtora roku. Dziecko miało chore serce, a jak się potem okazało, również inne trudności rozwojowe. Obecnie Beata ma już ponad dwadzieścia lat. – Beatka wychowywała się z naszymi dziećmi, dla których była i nadal jest siostrą. My też traktujemy ją jak nasze dziecko, choć nie mieszka już z nami – mówi pani Ludmiła. Otrzymała wszystko, co mogliśmy jej dać: opiekę, rehabilitację, wsparcie. W pewnym jednak momencie, gdy zaczęła dorastać, jej niepełnosprawność i związane z nią trudności sprawiły, że nie potrafiliśmy zapewnić jej warunków, w których bezpiecznie mogłaby kontynuować naukę i spędzać wolny czas. Powierzyliśmy córkę Siostrom Franciszkankom Misjonarkom Maryi z Kietrza, gdzie znalazła dom i miłość – opowiada. – Córka jest bezpieczna, szczęśliwa, radosna. Nie potrzebuje leków wyciszających. A siostry dbają o jej zdrowie wszechstronnie, bardzo profesjonalnie. Mamy z Beatką regularny kontakt i jesteśmy przekonani, że ani my, ani nikt inny nie zapewniłby jej takiej opieki. Myślę, że takich historii jest dużo, dużo więcej... Owszem. Są i bardziej dramatyczne – jak choćby taka, gdy mama trójki dzieci, pani Zofia, wpadła w depresję, obwiniając się o stan syna i jego zachowania względem młodszego rodzeństwa. I gdy dopiero po tym, jak przyłapała 13-latka (niepełnosprawność sprzężona i zaburzenia osobowości), jak gonił siostrę z nożem, powiedziała dość. Syn został przyjęty do jednego z ośrodków zakonnych. Po kilkumiesięcznym pobycie funkcjonuje poprawnie, rozwija się w swoim rytmie i na bazie swoich możliwości. – Dziś już wiem, że próbowałam za wszelką cenę „być dzielna” i poświęcać się dla syna. W efekcie zaniedbywałam inne dzieci. Nie wierzyłam lub nie chciałam wierzyć, że ktoś obcy zapewni dziecku lepsze wsparcie niż domowe. Nie oddałabym syna do publicznego „molocha”, do miejsca, w którym mieszka setka dzieci. Jednak tu, gdzie obecnie jest, warunki są dobre, atmosfera przyjazna. Regularnie go odwiedzam i wiem, że podjęłam najlepszą z możliwych decyzję – mówi pani Zofia. Zmiany potrzebne Niewątpliwie opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi, cały jej system idealny, delikatnie mówiąc, nie jest. Wielką bolączką jest brak specjalistów neurologów, psychiatrów, ortopedów, kardiologów itd. Kolejki do lekarzy i konieczność wożenia małych pacjentów z miejscowości do miejscowości to zmora rodziców (ale i pracowników DPS-ów). Nie istnieje system opieki wytchnieniowej, system mieszkań chronionych niby od lat powstaje, ale nadal raczkuje. Natomiast tzw. asystenci rodzinni, jeśli posłuchać historii wielu rodzin, są często groteskową fikcją. Trzeba rozmawiać o żenująco niskich zarobkach opiekunów w DPS-ach: bywa, że ta sama wykwalifikowana pielęgniarka w DPS-ie zarabia nawet o tysiąc złotych mniej niż na przykład w szpitalu. Ustawa o pomocy społecznej scedowała finansowanie ośrodków na samorządy, a nie wszystkie są wydolne w tej kwestii. W końcu trzeba mówić, że minimum kwalifikacyjnym opiekunki w DPS-ie jest wykształcenie średnie. Zakonne ośrodki zwykle przyjmują pracowników lepiej wykształconych, gdyż dziury w budżecie łatają zbiórkami pieniężnymi. Warto też poruszać temat braku domów dla dzieci z zaburzeniami psychicznymi. Obecnie ośrodki dla osób z niepełnosprawnością intelektualną muszą przyjmować zarówno dzieci „wysokofunkcjonujące”, jak i z FAS, niepełnosprawnością sprzężoną i silnymi zaburzeniami psychicznymi. Zapewnienie właściwej, indywidualnej opieki wszystkim graniczy z cudem. – Uważam, że sytuacja idealna to taka, w którym dziecko mieszka z mamą i tatą lub w kilkuosobowym ośrodku, otoczone dziesiątką oddanych dochodzących opiekunów, specjalistów, a po osiągnięciu dojrzalszego wieku, jeśli to konieczne, trafia do małych, lecz świetnie wyposażonych placówek. Czy przez najbliższe dziesięciolecia jest to jednak realne? – mówi dyrektorka jednego z DPS-ów na południu Polski. Nie chce podawać publicznie nazwiska. Ma dość ostracyzmu za ciężką pracę.•
W Środę Popielcową uczniowie Zespołu Szkół nr 5 rozpoczęli trzydniowe rekolekcje wielkopostne, które wygłosił do nich ojciec Paweł Gomulak ze Zgromadzenia Oblatów. U progu Wielkiego Postu młodzież miała okazję, aby poznać bliżej Jezusa, najpierw jako człowieka, potem jako Boga. Odkrywając tajemnicę męki i śmierci Chrystusa na podstawie całunu turyńskiego każdy uczestnik spotkań rekolekcyjnych mógł osobiście przekonać się, jak wielką miłością obdarzył go sam Bóg, jaki ogrom cierpienia wziął na siebie Jezus, by zbawić każdego człowieka. Wobec tej prawdy należy zadać sobie pytanie, jak wygląda nasza wiara. Co pięć minut ktoś na świecie oddaje życie za Jezusa, a my, mieszkając tutaj w Polsce, nieraz wstydzimy się przeżegnać, stanąć w obronie wiary, kiedy ktoś się z niej wyśmiewa, kiedy trzeba podjąć post piątkowy jako świadectwo miłości do Jezusa, kiedy trudno przyjść do kościoła czy się pomodlić. Nadszedł czas, byśmy wreszcie się obudzili, byśmy się zdeklarowali, kim jesteśmy i do kogo należymy. To decyzja, którą podejmujemy sami. Jeżeli wybierzemy życie z Chrystusem, musimy pamiętać o trzech zasadach, które gwarantują prawdziwą i żywą relację z Bogiem: życie sakramentalne, modlitwa i lektura Pisma Świętego.
Fot. ©Mazur / młodych świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego, jak również tych, którzy są kandydatami do chwały ołtarzy, dało przykład postaw dalekich od beztroskiego dzieciństwa – mężnie znosili cierpienie i niesprawiedliwość, często ofiarując je w intencjach gronie dzieci wyniesionych do świętości w Kościele katolickim najwięcej jest młodych męczenników prześladowanych i ponoszących śmierć ze względu na wiarę. Wynika to z faktu, że dopiero w drugiej połowie XX w. Kościół zaczął wynosić do chwały ołtarzy dzieci i nastolatków nie będących męczennikami. Precedensem w tym postępowaniu było wydanie dekretu o heroiczności cnót Franciszka i Hiacynty Marto z dn. 2 kwietnia 1981 r., którzy są dziś czczeni w Kościele wraz z wieloma rówieśnikami, którzy od czasów starożytnych poświęcali swoje życie Bogu i ze względu na niego umierali w młodym także: Historie świętości dzieciNieugięta rzymiankaJednym z najbardziej znanych świętych dzieci od wieków czczonych w Kościele jest św. Agnieszka, dwunastolatka, która oddała życie za Chrystusa w czasie prześladowania chrześcijan w Rzymie ok. 305 roku. Dziewczynka złożyła Bogu ślub czystości i odrzucała propozycje mężczyzn starających się o jej rękę, co pośrednio stało się przyczyną jej męczeństwa i tortur, mających doprowadzić do tego, by uległa i wyrzekła się wiary w Chrystusa. Nieugięta rzymianka została ostatecznie ścięta mieczem, a św. Ambroży wspomina, że szła na miejsce kaźni „szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Kościół wspomina bohaterską dziewczynkę 21 dziewczątW obronie czystości oddała też życie jedenastoletnia Maria Goretti, pobożna dziewczynka z wiejskiej rodziny z okolic Ankony, nękana przez syna sąsiadów Aleksandra Serenelliego. Pewnego dnia, gdy przebywała sama w domu, młody mężczyzna zaatakował ją, a gdy stawiała opór, zadał 14 ciosów nożem. Następnego dnia, tj. 6 lipca 1902 r. nastolatka zmarła wskutek obrażeń, wcześniej jednak zdążyła przyjąć sakramenty święte i przebaczyć oprawcy. On sam, spędziwszy 27 lat w więzieniu przeżył głębokie nawrócenie, które – jak później mówił – zawdzięczał wstawiennictwu Marii, a po przemianie życia został tercjarzem franciszkańskim. Maria Goretti została kanonizowana 24 czerwca 1950 r., a w uroczystościach kanonizacyjnych brała udział jej matka. Dziś nastoletnia święta jest patronką o męczeństwiePostawa wielu młodych świętych, to także inspiracja dla chłopców, tak, jak np. losy Koreańczyka Piotra Yu Tae-ch’ol, najmłodszego z grona 103 koreańskich męczenników, kanonizowanych przez Jana Pawła II w 1987 r. Chłopiec urodził się w 1826 r. w Ipjeong w pobliżu Seulu. Jego ojciec był katolikiem, jednak matka starała się odwieść Piotra od wyznawanej wiary. Chłopiec nie tylko nie uległ matce, ale wręcz przeciwnie, wraz z rosnącymi prześladowaniami chrześcijan zaczął marzyć o tym, by zostać męczennikiem. W lipcu 1839 r. sam oddał się w ręce władz i – jako katolik – trafił do więzienia. Tam był torturowany i namawiany do wyrzeczenia się wiary. Pomimo cierpienia, zachował wiarę i pogodę ducha. Pozostał w więzieniu aż do śmierci, która nastąpiła 31 października 1839 r. gdy trzynastolatek został uduszony przez szczęśliwyTortury i męczeńska śmierć stały się też udziałem piętnastoletniego Józefa Sánchez del Río, Meksykanina, należącego do katolickiego ruchu oporu Cristeros. Torturowany i katowany ze względu na wiarę chłopak odmówił wyrzeczenia się Chrystusa, a z więzienia pisał do matki: „Umieram szczęśliwy u boku Naszego Pana. Nie chcę, żebyś się martwiła moją śmiercią. Powiedz raczej moim braciom, by poszli w ślady najmłodszego spośród nas, tak wypełnisz wolę Bożą. Odwagi! Udziel mi swego błogosławieństwa razem z błogosławieństwem ojca”. Został rozstrzelany 10 lutego 1928 r., a jego losy przybliżył głośny film „Cristiada”.Najmłodsi w chwale ołtarzyW gronie wyniesionych na ołtarze dzieci i nastolatków znajdują się też św. Dominik Savio, pochodzący z Chin siedmioletni Paweł Lang-Fu i jego rodaczka, jedenastoletnia Maria Zheng Xu. Nie brak też błogosławionych, wśród których znajdują się bł. Imelda Lambertini (jedenastoletnia patronka dzieci pierwszokomunijnych), bł. Karolina Kózkówna, dwunastolenia bł. Albertyna Berkenbrock z Brazylii i jej argentyńska rówieśniczka bł. Laura Vicuña, czy młodzi męczennicy z Japonii i Tajlandii z czasów prześladowania z nich jest także patronami swoich rówieśników, jak np. czternastoletni męczennik z pierwszych wieków chrześcijaństwa, św. Pankracy czy błogosławieni Krzysztof, Antoni i Jan z Tlaxcali, okrutnie zamordowani w latach 1525-27 z rąk swoich rodziców (bł. Krzysztof) i miejscowej ludności. Od ubiegłego roku tych troje nastolatków, z których najstarszy miał niespełna 13 lat, jest patronami meksykańskich budujące jak przykłady najmłodszych świętych, są też losy wielu dzieci i nastolatków, będących kandydatami na kandydaci na ołtarzeTo Antonietta Meo, urodziła się 30 grudnia 1930 r. w zamożnej i pobożnej rzymskiej rodzinie. Dziewczynka, nazywana przez najbliższych Nennoliną, była pogodna i energiczna, a zarazem pobożna i dojrzała jak na swój wiek. W 1936 r. podczas zabawy w ogrodzie stłukła kolano, co dało początek medycznym powikłaniom. U niespełna sześcioletniej dziewczynki lekarze zdiagnozowali złośliwy nowotwór, tzw. kostniakomięsak i zadecydowali o amputacji lewej nogi. Ogromne cierpienie, które towarzyszyło jej odtąd do końca życia, znosiła z wielką wytrwałością, ofiarowując je w intencji dusz czyśćcowych i chorych grzeszników. Marzyła o wyjeździe na misje. Świadectwem głębokiej wiary i dojrzałości, z jaką przeżywała chorobę, jest 160 listów, które napisała do Pana Jezusa, Ducha Świętego i Maryi. W ostatnim z nich, miesiąc przed śmiercią, prosiła: „Najukochańszy, ukrzyżowany Jezu, ja Ciebie bardzo kocham! Chciałabym być przy Tobie na górze Kalwarii. (…) daj mi koniecznie siłę znosić te cierpienia, które za grzesznika ofiarowałam”. Przeczytawszy jeden z listów dziewczynki, delegację z błogosławieństwem posłał do domu dziewczynki papież Pius XI. W noc Bożego Narodzenia 1936 r. Nennolina przystąpiła do I Komunii świętej, a kilka miesięcy później do sakramentu bierzmowania. Zmarła 3 lipca 1937 r. Już pięć lat później rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. 18 grudnia 2007 r. Benedykt XVI podpisał dekret uznający heroiczność cnót dziewczynki, która ma szansę stać się jedną z najmłodszych błogosławionych Kościoła chorobą nowotworową zmagał się także Silvio Dissegna, utalentowany i pobożny chłopiec urodzony 1 lipca 1967 r. niedaleko Turynu, marzący o zawodzie nauczyciela. Jako dziesięciolatek otrzymał od mamy maszynę do pisania, a pierwsze słowa, jakie na niej napisał, brzmiały: „dziękuję ci, mamo, gdyż wydałaś mnie na świat, dałaś mi życie, które jest takie piękne! Ja mam tak wielką chęć do życia!” Jednak już kilka miesięcy później zdiagnozowano u niego raka kości, który przykuł go do wózka inwalidzkiego i skazał na nieustanne cierpienia, które chłopiec ofiarowywał w konkretnych intencjach, wraz z codzienną Komunią świętą. Zmarł 24 września 1979 r. W 2014 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności jego w opinii świętości zmarła jedenastoletnia Francuzka Anna de Guigné, której duchowa przemiana rozpoczęła się w 1914 r., jako trzyletnia dziewczynka była świadkiem wyjazdu ojca z domu rodzinnego na front. Śmierć ojca na polu walki ugruntowała jej pragnienie przemienienia życia i ofiarowania go Bogu i najbliższym Odtąd kilkuletnia Anna skupiała się na modlitwie i czynieniu dobra wobec najbliższych. Marzyła o wstąpieniu do Karmelu. W swoich notatkach zapisała „łączy mnie z Jezusem taka sama zażyłość, jak z mamą. Potrafi On przemienić w dobro wszystko, nawet to, co sprawia mi największą przykrość”. Na początku 1919 r. Anna zapadła na śmiertelną chorobę – najprawdopodobniej z powodu zapalenia płynu cierpienia jeszcze bardziej przybliżają ją do Boga, a na 5 dni przed śmiercią, dziewczynka doznaje nadprzyrodzonej wizji, którą opisuje jako wizję Nieba: „To nie był sen. Oczarowanie rozszerza moje źrenice, objawia mi się ogrom i piękno. To, co się zdarzyło, jest nie do opisania. Ogarnia mnie nieodparte pragnienie podzielenia się tym przeżyciem z moim rodzeństwem. Wołam ich ze wszystkich sił: „Zobaczcie, jakie to piękne!” Gdy w końcu przyszli, przecierają oczy, lecz nic nie widzą. Powinnam była o tym wiedzieć. Tego typu doznań nie da się z innymi podzielić. Są one darem Boga dla tych, którzy są w drodze na sąd” – zapisała Anna w notatkach. Zmarła 14 stycznia 1922 r. 3 marca 1990 r. Jan Paweł II zaliczył ją do grona Czcigodnych Sług Bożych, podpisując dekret o heroiczności jej poruszającym świadectwem jest życie Marii Carmen Gonzalez-Valerio, urodzonej 14 marca 1930 r. w Madrycie. Dziewczynka, która już w wieku 2 lat przyjęła sakrament bierzmowania, od wczesnego dzieciństwa starała się przybliżać innych do Jezusa. Czyniła to poprzez modlitwę i proste gesty, rozdawanie przechodniom na ulicach Madrytu świętych obrazków, na które przeznaczała całe oszczędności. Modliła się w intencji zabójców swojego ojca, który zginął w trwającej wówczas hiszpańskiej wojnie domowej, a także o nawrócenie ówczesnego prezydenta Hiszpanii Mauela Azana. Swoje życie ofiarowała w zupełności Bogu, co zapisała w pilnie strzeżonym notatniku. W wieku 9 lat zachorowała na szkarlatynę. Zmarła 17 lipca 1939 r. po kilku miesiącach wielkiego cierpienia. Heroiczność jej cnót została zaaprobowana przez papieża Jana Pawła II 12 stycznia 1996 z Madrytu pochodziła Aleksja González-Barros y González ur. 7 marca 1971 r., jako siódme dziecko w katolickiej rodzinie związanej z Opus Dei. Jak wspominała jej mama „Aleksja z wielką łatwością przyswajała to wszystko, co było związane z życiem religijnym i pobożnością i w sposób natychmiastowy wcielała to w życie. Czyniła to swoim do tego stopnia, że bez niczyjej sugestii podejmowała nowe akty pobożności, które świadczyły o jej miłości do Maryi i Jezusa. Gdy klękała przed Tabernakulum powtarzała: Jezu, spraw bym zawsze czyniła to, czego Ty chcesz. Nadała też imię swemu Aniołowi Stróżowi, by móc łatwiej zwracać się do niego”. Gdy Aleksja miała niespełna 14 lat wykryto u niej nowotwór, tzw. mięsak Ewinga. Niespełna rok później, 5 grudnia 1985 r. czternastolatka zmarła w opinii świętości. Obecnie toczy się jej proces trwa także proces beatyfikacyjny siedmiorga polskich dzieci i ich rodziców: rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów z Markowej, zamordowanych przez żandarmerię niemiecką 24 marca 1944 r. za ukrywanie ośmiorga osób z żydowskich Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Pod Twoim idziemy znakiem… - medaliki dla dzieci pierwszokomunijnych Tuż po uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, 12 grudnia, w niedzielę Gaudente, podczas Mszy Świętej o godz. miał miejsce kolejny etap przygotowań dzieci z naszej parafii do Pierwszej Komunii Św. Po homilii Ksiądz proboszcz dr Błażej Dojas odmówił okolicznościową modlitwę i pobłogosławił medaliki. Piętnaścioro dzieci wywołanych z imienia i nazwiska stanęło u stóp prezbiterium. Ze względu na stan pandemii, w tym ważnym momencie towarzyszyły im tylko mamy. Dzieci z rąk Kapłana przyjęły medalik, ucałowały go, a mamy zawiesiły je na szyjach, aby były dla dzieci drogowskazem na drodze podkreślał, że medalik z wizerunkiem Matki Bożej to nie tylko symbol wiary, ale i tarcza w walce ze złem. Przypomina, że Najświętsza Maryja Panna jest Matką Chrystusa i naszą Matką; do Niej możemy się uciekać w każdej potrzebie. Noszenie medalika z wizerunkiem Matki Bożej jest przyznaniem się do Boga, wyznaniem wiary. Nosząc medalik ufamy także, że Maryja, której postać widoczna jest na medaliku, ochroni nas od Proboszcz zwrócił się też do rodziców, przypominając im, jak wielką rolę w przygotowaniu do I Komunii św. odgrywa ich postawa, zaangażowanie. Zachęcał, aby dopilnowali, by ich dzieci zawsze nosiły medaliki, by darzyły je czcią i szacunkiem, nie ze względu na ich wartość materialną, ale ze względu na ich znaczenie w życiu religijnym człowieka, bo jak pisał ks. Jan Twardowski :Medalik Matki Bożej, co chroni nas od a taki mały, jak w oczach święta czasy jak najgorsze, na niespokojny wiekMatka Boska go dała, jak pierwszy czysty Medalik, co chroni od Matki ukochany, co nam na szczęście niepozorny, mały, broni przed diabłem Najświętszej Matki będzie do Boga wiódł,Niedostrzeżony, mały, na co dzień wierny Medalik, co chroni od wydarzeniom towarzyszył śpiew prowadzony przez organistkę, p. Katarzynę Chmielarczyk i scholę dziecięcą.
Młoda 31-letnia żona i mama sześciu synów, dzieli się na blogu „Manymum” swoją wiarą i życiem rodzinnym. Niedawno podzieliła się swoją refleksją po wyjściu z Mszy św. w sąsiedniej parafii. Jej wpis pojawił się nie tylko na blogu, ale i na jej profilu na Facebooku, wywołując spore poruszenie w komentarzach. O co chodziło? O dzieci w kościele... I brak cierpliwości ze strony społeczeństwa. Młoda mama wyjątkowo udała się na Eucharystię do sąsiedniej parafii z czwórką swoich synów, bo dwójka była na obozie harcerskim. Aby nie przeszkadzać w nowej parafii, usiedli dalej od ołtarza. W ławce obok nich siedział tylko jeden pan. „Jeszcze zanim Msza się zaczęła, Stefan chciał ściągnąć kurtkę. Ściągnęłam mu, powiesiłam na haczyk ławki. Franek zaczął ją dotykać, dwuletni Stefciu powiedział wtedy: „Franek zostaw moja kurtkę”. Zareagowałam od razu, sięgając po kurtkę, aby ją dać w inne miejsce, a w tym czasie pan powiedział do Stefana „ciiii”. W pierwszym momencie nawet pomyślałam, że chce mnie wesprzeć. Jednak dalsza część Mszy pokazała jak bardzo się myliłam. Sześciolatek i ośmiolatek stali cicho koło Marcina. Ja po jednej swojej stronie miałam dwulatka, po drugiej energicznego czterolatka. Nie krzyczeli, nie biegali, nawet nie gadali normalnym tonem” – pisze młoda matka. „Wiercili się trochę, trochę kładli na klęczniku przy ławce (ławki wysokie, przed klęcznikiem drewniana wysoka część, wiec nawet nie byli widoczni). Trochę się przytulali, trochę któryś do mnie chciał na ręce. Potem znów na dół. Generalnie standard. Nie oczekuje od dwulatka i czterolatka idealnie złożonych rączek, bo to nierealne... Szeptem odpowiadam na ciche pytania, których nie ma dużo. Czasami proszę, żeby byli ciszej, czasami biorę na kolana, żeby im pomóc się wyciszyć. Chcemy im pokazywać Eucharystię, chcemy, by wiedzieli, że Pan Bóg ich kocha i zaprasza do siebie” – dodaje. Tym razem jednak kobieta sama była nieustannie spięta, gdy obok słyszała nieustanne syczenie. „Pan syczał i uciszał ich dosłownie piętnaście razy, robiąc chyba większy hałas niż oni. Mam wrażenie, że przeszkadzali mu samym byciem w tym kościele. Na początku próbowałam ich uciszać, do pana miło uśmiechać. Jednak pod koniec Mszy, gdy pan zaczął krzyczeć na Franka (tak, krzyczeć) „bądź wreszcie cicho!”, grzecznie, acz stanowczo, powiedziałam „proszę na niego nie krzyczeć”. Pan cmokał do samego końca, a patrzył na mnie ze świętym oburzeniem. Wyszłam stamtąd ze łzami w oczach” – wyznaje trzydziestolatka. Kobieta od blisko trzynastu lat chodzi do kościoła z małymi dziećmi na Eucharystię. „Nie wyobrażam sobie przez trzynaście lat być tylko na Eucharystii „dla dzieci” lub wymieniać się z mężem, żeby dzieci do kościoła nie brać ze sobą” – pisze na profilu „Manymum”. Kobieta chce dzieciom pokazywać wiarę rodziców i samego Pana Jezusa. „W naszym kraju coraz mniej młodych chodzi do kościoła. Po dzisiejszej sytuacji coraz mniej mnie to dziwi. W sumie czego jako wierzący katolicy oczekujemy od dzieci? Żeby zniknęły? Czy żeby zamienili się nagle w dorosłych? Czy chcemy żeby kolejne pokolenia wierzyły? Czy chcemy im pokazać, że kościół jest także ich domem? Miejscem bezpiecznym, w którym czeka na nich Najlepszy Bóg? Czy chcemy ich jednak odstraszyć, albo zastraszyć? Mam dzieci raczej zdyscyplinowane. Obyte z kościołem. Nie biegające w kółko, nie jedzące w kościele, nie krzyczące (zazwyczaj). A mimo to , i ja i oni, poczuliśmy się na tej Mszy tam niechciani. A przecież dzieci mają różne charaktery, temperamenty oraz różne dni. Czasami gorsze... Czasami płaczą, czasami trudniej je uspokoić (my wtedy wychodzimy na chwile na zewnątrz, ale rozumiem, że takie sytuacje bywają!). Jestem przekonana, że rodzice tych dzieci starają się jak mogą. Nie raz stają na rzęsach, by nie przeszkadzać innych. Czy dla nich naprawdę nie ma miejsca w kościele? Mamy już społeczeństwo, którym dzieci przeszkadzają na każdym kroku. W autobusie, w pociągu, w restauracji, na plaży. Ba, czasami przeszkadzają bawiąc się na własnym podwórku... Czy my, wierzący, też chcemy się ich pozbyć? Czy nam także przeszkadzają? Pamiętajmy, że oni za jakiś czas będą nastolatkami (mój najstarszy na przykład…), a potem dorosłymi. Pytanie czy my swoim postępowaniem nie wyrzucamy ich poza nawias. Nie odrzucamy” – pisze szczerze młoda matka. Przyznaje też, że bywały takie Msze św., na których jej dzieci naprawdę nie dawały się opanować. Wówczas albo ona, albo jej mąż, wychodzili na zmianę z dziećmi na plac kościelny. „W różnych kościołach i w różnych miejscach spotykałam się wtedy z uśmiechami wysyłanymi nieśmiało, z takim delikatnym wsparciem. Czasami po Mszy nawet ktoś podchodził i mówił, że cieszy się z naszej rodziny. Że cieszy się , że chodzimy z dziećmi do kościoła. I to było niesamowite, wspierające, dające siły na kolejne Msze!” – przytacza i takie przykłady mama blogerka. „Dla mnie Eucharystia przeżywana zawsze z małym dzieckiem też jest wymagająca. Staram się uczestniczyć aktywnie, jednocześnie pilnując dzieci, trzymając rękę na pulsie. Prawdziwa wspólnota w tym wspiera…” – uważa prowadząca profil „Manymum”. Pod tym wpisem pojawiło się wiele słów wsparcia i zrozumienia. Pisali również kapłani, którzy zachęcali, aby nie odrzucać dzieci. Niektórzy apelowali do proboszczów, aby jeszcze bardziej wychodzili naprzeciwko maluczkim. Jeden jezuita napisał, że powierza na Mszy św. w Domu Rekolekcyjnym różne, proste zadania dzieciom. To skupia ich uwagę. „Liturgia mszalna jest trudna i dzieciaki bez odpowiedniego prowadzenia nie ogarniają co i po co się dzieje. Bo przecież ich „grzeczne” stanie w kościele nie gwarantuje ich spotkania z Chrystusem” – napisał jezuita. Jezus jasno mówi w Ewangelii, by nie zabraniać dzieciom przychodzić do Niego. Do takich bowiem należy Królestwo Niebieskie. Wiadomo, że jeśli dziecko głośno krzyczy i przeszkadza, warto je wziąć na chwilę na zewnątrz, aby je uspokoić. Jednak nie można wymagać, że będzie stało cały czas na baczność. Jeśli się trochę powierci, cicho pochodzi, ciekawe tego, co dzieje się przed ołtarzem, to nie robi tym nikomu krzywdy. Może warto sobie wtedy przypomnieć słowa Jezusa, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Małe, podchodzące z zaciekawieniem bliżej ołtarza dziecko, chce być bliżej Pana Jezusa. Serce dziecka czuje to, co niektórzy dorośli być może dawno zatracili podczas „siedzenia w ławkach”. W jednym z komentarzy pod postem na profilu „Manymum”, Marcin Perfuński podzielił się refleksją, którą spisał niegdyś dla portalu Aleteia: „Podczas jednej z Mszy małe dziecko mocno dokazywało. Gdy ks. Maliński rozpoczął kazanie, speszeni rodzice ze wstydem skierowali się w stronę wyjścia, by opuścić kaplicę i nie przeszkadzać innym. Ksiądz przerwał homilię: „Nie wychodźcie. Zostańcie. Niech dziecko poczuje, że kościół to jego miejsce. Tu jest jego dom i tu może być sobą”. To najlepszy opis Kościoła, jaki kiedykolwiek usłyszałem". Tak, bo w kościele, z którego dorośli wyganiają dzieci, niedługo zabraknąć może i dorosłych. Warto mieć to na uwadze. źródło:
dziecko tu jest twoja parafia